Spider-Man Online Forum. Komiksy. Figurki: Spider-Man 3 - opowiesc - Spider-Man Online Forum. Komiksy. Figurki

Skocz do zawartości

Strona 1 z 1
  • You cannot start a new topic
  • You cannot reply to this topic

Spider-Man 3 - opowiesc

#1 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:16

Kto pamieta, ten wie w czym rzecz.
A ja tak jakos miewam ostatnio wene literacka wiec koncze co zaczalem. :lol:

***

Ekran rozswietla pochodnia Statui Wolnosci - logo Columbia Pictures, w tle towarzyszy mu znany motyw smyczkowy Dannyego Elfmana (który wedle ostatnich doniesien nie napisze jednak muzyki do Spider-mana3). Muzyka przybiera na tempie, gdy na ekranie ukazany jest wertowany komiks - animacja Marvel Enterteinment. Stalopodobne "slupki" budujace nieregularna pajeczyne sa tym razem nie niebieskie (Spider-man1) ani nie czerwone (Spider-man2) ale zraco purpurowe. Gdy pajeczyny zaczynaja sie w tradycyjny sposób nawarstwiac na ekranie na ich czolo wyjezdza napis "Spider-man 3". Czolówka odbiega od stylu pierwszej czesci (animowane komputerowo przestrzenne napisy i figury), oraz drugiej czesci (plaskie napisy przemieszane z pracami Alexa Rossa) - tym razem mamy do czynienia z typowa dla filmu Hulk narracja komiksowa - ukazywane nam sa kolejne kadry zgodnie z ich kolejnoscia wystepowania w komiksie - poznajemy w ten sposób historie zarówno 1 jak i 2 czesci filmu. Nazwiska aktorów i twórców odczytujemy z dymków. Gdy impet kompozycji "Spider-man3 main titles" Dannyego Elfana traci na sile, podobnie jak w poprzednich czesciach slyszymy glos Tobey'go Maguire'a...

- "Wszystko sie ulozylo" pomysli wielu z was. Tez tak myslalem. Jednak jak zapewne wiecie - o tym, ze cos jest nie tak jak byc powinno dowiaduje sie nieco wczesniej niz inni. Tak tez bylo tym razem. Mój niepokój udzielil sie tez jej - Mary Jane Watson.

Delikatnie oswietlony pokój. Na skraju lózka siedzi Peter i dretwo wbija spojrzenie w sciane przed soba. Z drugiej polowy lózka ospale
podnosi sie MJ. Ziewajac wypowiada niewyraĽnie:
- Czemu wstales tak wczesnie?
- Musze oddac zdjecia do redakcji przed zamknieciem wydania porannego. - odparl Peter.
- Ale wrócisz zaraz? - upewnila sie MJ.
- Tak szybko jak to mozliwe. - powiedzial Peter delikatnie sie usmiechajac.
- No to gazu tygrysie. - rzucila pieszczotliwie rudowlosa.


Do gabinetu redaktora naczelnego Daily-Bugle - Jonah'a Jameson'a niesmialo zajrzala sekretarka.
- Szefie... - zaczela.
- Co jest? - odburknal.
- Parker do pana. - oznajmila.
Na twarzy Jamesona wyrysowalo sie wyraĽne zdegustowanie.
- Aha... dawaj go... - powiedzial przez zeby.
W drzwiach pojawil sie Peter Parker. Kilkoma gwaltownymi krokami przemierzyl gabinet i usadowil sie mozliwie wygodnie w niemozliwie niewygodnym krzesle stojacym na wprost biurka.
- Dzien dobry szefie - rzucil, ale nie doczekal sie odpowiedzi.
Jameson udawal niezwykle zapracowanego - notowal cos na pierwszym lepszym swistku papieru, nie zwracal uwagi na dwa dzwoniace aparaty telefoniczne. Peter czul sie nieswojo. Niesmialo zaczal:
- Mam te zdjecia do porannego wydania.
Jameson nawet nie zwolnil notowania, a wrecz je przyspieszyl.
Peter powoli wsunal teczke na blat biurka. Siedzac dalej rozgladal sie po gabinecie. Udawal ze nie slyszy natarczywych telefonów i mial nadzieje, ze szef zaraz skonczy i poswieci mu nalezyta uwage. Mylil sie.
- Czy dostane czek? - przypomnial o swojej obecnosci Peter.
- Co to za zdjecia? - rzucil, nawet nie unoszac glowy znad swistka papieru, Jameson.
- Z wczorajszej nocy, z muzeum MoMA, przy West 53 Street. - zaczal Peter.
- Mhm... - wymamrotal Jameson.
- Bylo wlamanie kolo jedenastej. Spider-man... - ledwo Peter wymienil to imie Jameson sie obruszyl:
- Znowy ten clown... Zajalbys sie czyms pozytecznym.
- Ale...za to mi Pan placi...
- Taaa...za to ci place... - powtórzyl Jonah.
- Czy pan jest na mnie zly? - spytal wreszcie niesmialo Peter. Bylo to sygnalem dla redaktora. Podniósl glowe znad papierów, odlozyl dlugopis i wyjasnil co mu lezy na sercu.
- Nie wiem, czy mam byc zly na ciebie, czy na ta twoja MJ, która na dobra sprawe nie powinna byc twoja. Wiesz - mój syn naprawde ja kochal. Bardzo go skrzywidzila, wiec wyobraÄ˝ sobie jak wielkie musialo byc moje zdziwienie, gdy dowiedzialem sie kto zajal miejsce mojego syna. Toz to mój wolny strzelec, ten od Spider-mana! Toz to Peter Parker!
- Doskonale pana rozumiem...
- I tu sie mylisz! Nie mozesz mnie rozumiec bo to nie ty placiles za sztucce i serwetki weselne, nie ty zaklejales 200 kopert z zaproszeniami i nie ty wybiegales za swoja niedoszla synowa z kosciola.
- Ma pan racje...
- Oczywiscie ze mam! Powiem wiecej - mysle, ze zdrowiej dla nas oby bedzie, jesli rozmowe przerwiemy w tym miejscu i nie bedziemy do tego wracac. Zycze wam szczescia, oto twój czek i zejdÄ˝ mi z oczu bo mam mase telefonów do odebrania.
- Tak jest! - wykrzyknal Peter wyraĽnie usatysfakcjonowany takim postawieniem sprawy.


Slychac dzwonek do drzwi.
- Juz otwieram! - wola dÄ˝wieczny kobiecy glos. MJ podchodzi do drzwi, otwierajac zamek mówi do osoby stojacej za drzwiami.
- No faktycznie, uwinales sie tygrysku! - konczac, otwiera drzwi. Za drzwiami stoi Harry Osborn.
- Witaj MJ - wyszeptal.
- Harry? Czesc! WejdÄ˝, napijesz sie czegos. - goscinnie powitala MJ.
- Nie...ja tylko...Czy Peter jest w domu? - zmieszal sie Harry.
- Nie Peter jest w redakcji. Powinien niebawem wrócic. - oznajmila MaryJane - Na pewno nie skusisz sie na kawe? A szkoda - robie swietna.
Harry usmiechnal sie.
- No dobra, przekonalas mnie... - wszedl do srodka. Drzwi zamknely sie za nim.
user posted image
0

#2 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:19

Spider-man 3 - opowiesc - czesc II

- Mialas bardzo wytwórny slub. Az zal, ze nie doszedl do skutku. - stwierdzil Harry.
- Mi nie zal. Po prostu zbyt póÄ˝no zrozumialam swój blad. Ale bylo, minelo - opowiadaj Harry co u ciebie? Nadal spotykasz sie z Liz? - rozweselila sie MJ podajac Harry'emu filizanke kawy.
- Owszem, choc ostatnio rzadziej.
- Wiec...co cie do nas sprowadza? - spytala nagle MaryJane.
Harry wbil wzrok w sciane, a pytanie zadane przez MJ odbijalo sie echem w jego glowie.
- Harry? - odezwala sie zaniepokojona MJ.
Harry jakby przebudzony ze snu otrzasnal sie i spojrzal na MaryJane.
- Przepraszam...o co pytalas? - wyszeptal, mruzac oczy.
Nagle w mieszkaniu rozlegl sie dÄ˝wiek klucza obracanego w zamku. Drzwi wejsciowe otwarly sie i ich próg przekroczyl Peter, radosnie oznajmujac:
- Przepraszam, ze tak dlugo to trwalo, ale wstapilem po drodze do cioci May, zeby... - przerwal Peter gdy dostrzegl podnoszacego sie z sofy Harry'ego.
- Tygrysie, mamy goscia. - zakomunikowala MaryJane Peter'owi.
- Witaj Harry. - powiedzial powaznie Peter.
- Przyszedlem, bo mysle, ze musimy porozmawiac. - oswiadczyl wyraĽnie przejety Osborn.
- Owszem...musimy. - powtórzyl Peter sciagajac osniezony plecak. (zdjecia do Spider-mana3 rozpoczynaja sie w styczniu, wiec szykuja sie zimowe panoramy Nowego Jorku)
MaryJane byla niezwykle zdezorientowana zaistniala sytuacja. Dwaj dobrzy koledzy, w których towarzystwie swietowala urodziny jednego z nich teraz romawiaja tak oschle i oszczednie w slowach jak od lat sklóceni wrogowie.
- Wybacz Peter, ale... - nie konczac, Harry skinal glowa w strone MJ.
- MJ zostaw nas samych. - odgadl intencje Peter.
- Oczywiscie, wybaczcie. - MJ oddalila sie w zamysleniu.
W opustoszalym pokoju, który wciaz nosil slady niedawnej przeprowadzki, zostalo dwóch milczacych mezczyzn.
- Prosze...pytaj... - niemrawo zaczal Peter.
Harry coraz mocniej mruzac oczy wycedzil przez zeby:
- Pytanie jest jedno:...dlaczego zabiles mojego ojca? Ufalem ci, traktowalem jak swojego brata, a ty nie dosc ze skrywales przede mna...
- Dosc! - przerwal slowotok Peter - Powiem to raz i nie oczekuj odpowiedzi na zadne inne pytanie dotyczace tego tematu. Nie zabilem twojego ojca! Wiedz, ze mówie prawde i blagam nie pytaj juz o nic wiecej.- wyraÄ˝nie zmeczony przymusowym wyznaniem Peter przybral wrogi wyraz twarzy. W kacikach oczu Harry'ego pojawily sie lzy.
- Nie...nie ty go zabiles? A-ale....ale w takim razie kto?! - wykrzyknal w szoku Osborn.
Peter opuszczajac glowe niechetnie powiedzial:
- Tego nie moge ci zdradzic...
- Tak tez myslalem... - powiedzial Harry - Czy to Goblin? - rzucil nagle.
Peter uniósl glowe.
- Co...Co powiedziales?
- Zadalem proste pytanie! Czy to Goblin zabil mojego ojca?! - znów podniósl glos Harry.
Peter odganiajac zalewajace w tej sekundzie jego glowe mysli, uznal to rozwiazanie za wyjatkowo logiczne, bo niezupelnie mijajace sie z prawda. Rzekl wiec:
- Tak...to on.
- Mój Boze...tego sie obawialem. - Harry usiadl chowajac twarz w dloniach.
- Harry...skad wiesz o Goblinie? - niesmialo spytal Peter.
- Wszystko wskazuje na to... - zaczal niepewnie Osborn - ...ze mój ojciec zaopatrzal tego szalenca w bron. - wywnioskowal z domowego znaleziska Harry - jego lotnia, strój, bomby, slowem wszystko co skradziono z instytutu lezy teraz na poddaszu mojej rezydencji. Nie wiem...naprade nie wiem co mam o tym wszystkim myslec.
Peter milczal.
- Caly mój majatek...wszystko przepadlo - najpierw skradziono te wlasnie prototypy broni, które leza teraz w moim domu...potem fiasko badan Octaviusa i cale fundusze zaprzepszczone na tryt...Wszystko zwrócilo sie przeciwko mnie...- zalamal sie Harry.
- Harry... - zaczal Peter - wiem, ze choc wiele nas w tej chwili dzieli, to jednak wciaz mozesz na mnie liczyc. Jesli tylko moge ci jakos pomóc... - zasugerowal.
- Nie...nie mozesz mi pomóc. - odpowiedzial Harry - Przeciez nie wezme od ciebie pozyczki. Na ponowne rozkrecenie biznesu potrzebuje setek tysiecy... - ciagnal z desperacja.
- Chcesz wykupic Oscorp? - spytal Peter.
- Nie widze innego rozwiazania...ale tez nie mam sie do kogo zwrócic. Wybacz Peter. - Harry wstal z sofy. Zdjal kurtke z wieszaka i zalozyl ja. Peter odprowadzil go do drzwi jedynie wzrokiem.
- Przepraszam, ze cie obwinialem. Moge sie jedynie domyslac, ze gdybys mógl ocalic mojego ojca, zrobilbys to... - wyznal Osborn - Pozegnaj ode mnie MJ... i naszego znajomego scianolaza. - dodal Harry puszczajac oko do Peter'a.
- Czesc Harry. - odpowiedzial cicho Peter.

Harry wychodzac z klatki schodowej ciasno owinal brazowy szalik wokól szyi. Mruzac oczy (tym razem od chlodu) wertowal w myslach liste wierzycieli i kontrahentów, do których móglby sie zwrócic po pomoc finansowa. Myslal tez o tym, jak nieoczekiwanie legl w gruzach plan jego krwawej zemsty na Spider-manie, która poprzysiagl wykonac. Któz jednak byl w stanie przypuszczac, ze Peter... Harry nagle przerwal rozmyslania. Jego rozbiegane spojrzenie utkwilo na szybie kiosku, który wlasnie mijal. Jego uwage przykul naglówek gazety przystawionej do szyby od wewnetrznej strony. Brzmial on "Miliarder za mlodu", a pod naglówkiem wytluszczonymi literami widnial napis: "Mlody projektant mody podbija gielde! W wieku 23 lat zarabia swój pierwszy miliard $". Caly artykul ilustrowalo zdjecie rozradowanego, mlodego czlowieka przyjmujacego gratulacje od wspólpracowników.
"Ja go znam!" - pomyslal Harry. "Zaraz, zaraz... to bylo w zeszlym roku. Poznalismy sie na balu finansowanym przez Oscorp...on nazywal sie...zaraz, zaraz... Fredrick? Nie... Rodney? Tez nie tak... Roderick! Roderick Kingsley!"...
user posted image
0

#3 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:20

Spider-man 3 - opowiesc - czesc III

- Poprosze New York Times. - rzucil Harry do uchylonego okienka w kiosku kladac na ladzie kilka monet. Otrzymawszy egzemplarz gazety, ruszyl w dalsza droge zaglebiajac sie w lekturze artykulu z pierwszej strony. "Tak, to on..." upewnil sie Harry. "Ciekawe czy mnie jeszcze pamieta...Rozmawialismy ze dwa razy..." gdybal. "Cóz...przekonamy sie!" - w chwili gdy mysl o takiej tresci przemknela przez jego glowe zza jego pleców wyjechaly trzy radiowozy na sygnale. Mknely ulica umiejetnie wymijajac cywilne samochody, wzbudzajac powszechne zainteresowanie wsród przechodniów. W koncu zniknely za rogiem ulicy biorac ostry skret z piskiem opon. Harry mimowolnie obejrzal sie przez ramie patrzac na wierzcholki wiezowców. Zobaczyl to, co spodziewal sie zobaczyc. Na tle monumentalnych budowli rysowala sie w oddali watla sylwetka, która z akrobatyczna sprawnoscia przemieszczala sie wiszac na dlugich, cienkich niciach, to zas wystrzeliwujac nastepne.

Spider-man dolaczyl do poscigu, chociaz sam nie wiedzial jeszcze za kim. Ledwo nadazal z rytmicznym dociskaniem wewnetrznej czesci dloni by dotrzymac tempa pedzacym radiowozom. Zamaszystymi ruchami odrzucal niepotrzebne juz sieci, które naprezone odstrzeliwaly w tyl z charakterystycznym swistem. Organiczny dÄ˝wiek wystrzeliwania kolejnych nici pajeczyny skupial na Peterze wzrok wszystkich przechodniów. Niektórzy gromko wiwatowali. Wreszcie radiowozy zatrzymaly sie kreslac poczwórne luki na asfalcie zdartymi oponami. Kierowcy i pasazerowie natychmiast wysiedli i dobyli broni. Oparli rece na dachach samochodów, wycelowane pistolety skierowali na przeszklone drzwi pod szyldem "Richardson - jubiler". Nad szyldem migal kogut alarmu, nie slychac bylo jednak syreny. Jeden z policjantów wyciagnal z bagaznika bramke policyjna, która odgrodzil miejsce zdarzenia od reszty ulicy cicho mówiac:
- Prosze odejsc na bezpieczna odleglosc i pod zadnym pozorem nie zblizac sie.
Drugi policjant zas, wykrzyczal przez megafon podany mu przez kolegów:
- Uwaga! Tu nowojorska policja! Nie masz dokad uciekac! WyjdÄ˝ z rekami podniesionymi do góry!
OdpowiedÄ˝ byla natychmiastowa. Przeszklone drzwi zostaly przestrzelone seria z karabinu od srodka. Kule utkwily w scianie budynku po przeciwnej stronie ulicy. Wszystkie prócz jednej, która ugodzila w noge jednego z policjantów, który przewrócil sie z krzykiem.
- Cholera... nie bedzie latwo. - powiedzial policjant z megafonem do stojacej obok policjantki.
Nagle na scianie nad szyldem jubilera bezglosnie wyladowal Spider-man. Szybko zwrócil dwoje bialych, polyskujacych w sloncu oczu w strone policjantów i przystawil palec do ust w uciszajacym gescie...

W gabinecie jubilera nic nie lezalo na swoim miejscu. Szuflady kaset wytargane lezaly na podlodze, szyby wystawowe - rozbite w drobny mak. Na ziemi znaleÄ˝c mozna bylo jedynie malo wartosciowe pierscionki i srebrne lancuszki. W kacie sklepu lezal skulony starszy mezczyzna, prawie lysy - z siwa tonsura wokól glowy i w szarym garniturze. Trzasl sie ze strachu, a pod jego okiem widnial fioletowy siniak.
- Tak mnie zalatwic! Nie daruje ci tego zawszony dziadygo! - krzyczal stojacy nad starcem mezczyzna, slusznej budowy, ubrany w czarny garnitur i czarny golf, w czarnych skórzanych rekawiczkach. W jednej rece trzymal plócienny worek sporych rozmiarów, wyraÄ˝nie wypchany. W drugiej, drzacej - karabin Mp5 wymierzony w kulacego sie ekspedienta.
- Cichy alarm! Zalatwic mnie taka tandeta! - zarzucal sobie bandyta.
- No widzisz jaki z ciebie cienias? - odezwal sie zza jego pleców stanowczy glos.
Mezczyzna wyraÄ˝nie wystraszony momentalnie odwrócil sie w kierunku z którego dochodzil glos podazajac lufa karabinu za linia spojrzenia. Gdy wreszcie ulokowal wzrok i celownik karabinu na stojacej w ciemnosci sylwetce, uslyszal odglos zblizony do strzalu z procy, nie mógl byc jednak pewien jego Ä˝ródla. W tej samej chwili cos lepkiego i niezwykle gestego owinelo lufe jego karabinu. Przestepca nie zwrócil jednak na to uwagi i pociagnal za spust. W komorze karabinu doszlo do zaplonu, a zaraz potem do eksplozji. Podajnik amunicji z magazynka wystrzelil w tyl wraz z zamkiem. Przerazony bandyta upuscil bron.
- Cienias do kwadratu! - szydzil Spider-man.
Rozwscieczony mezczyzna siegnal za pas. Wyciagnal sporej wielkosci nóz.
- Nie póje znowu do wiezienia! Nie pozwole sie tam zamknac! A juz na pewno nie przez jakiegos cholernego przebieranca!! - wrzeszczal zlodziej.
- Zaklad? - odparl zaczepnie Spider.
Bandyta w szale rzucil sie na Spider-mana. Ten jednak uchylil sie przed ciosem wyskakujac i przylegajac do sufitu. Mezczyzna wyhamowal i uniósl glowe, by dojrzec swego przeciwnika. Wtedy jego twarz zalepil zwój setek drobnych, lepkich niteczek. Mezczyzna odruchowo przetral twarz dlonmi, po czym nie mógl ich od twarzy odkleic. Wtedy poczul lekkie uderzenia w klatke piersiowa - jedno obok drugiego. Spidey zaczal biegac po scianach wokól przestepcy owijajac go przyczepiona do klatki piersiowej pajeczyna. Gdy mezczyzna mial juz mozliwie najbardziej skrepowane ruchy Spider-man przeskoczyl na podloge.
- Jeden raz w ta czy w ta nie powinien robic ci roznicy. - usmiechnal sie Spider.
- Ty gnoju! Czekaj - jeszcze cie kiedys dorwe! Odegram sie! - mówil czolgajac sie po omacku mezczyzna.
Spider-man uchylil drzwi wejsciowe, jednak momentalnie rozsypaly sie w drobny mak.
- Jest wasz! - zawolal do policjantów.
Ci jak jeden maz rzucili sie by spelnic swój obowiazek - odczytac prawa, skuc i tak juz skrepowanego sprawce i odstawic go do wiezienia. Jeden z policjantów podnoszac zlodzieja z ziemi rzucil:
- Ciesz sie Flint - dostaniesz ta sama cele!...
user posted image
0

#4 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:21

Spider-man 3 - opowiesc - czesc IV


- Ty parszywy amatorze! - krzyczal czerwony ze zlosci mlodzieniec w ekstrawaganckim fraku do dwukrotnie starszego biznesmena w skrojonym na miare garniturze.
- Wypraszam sobie... - powiedzial niepewnie starszy czlowiek dociskajac swój neseser do klatki piersiowej. Mlody czlowiek usmiechnal sie. Odwrócil sie i do siedzacego wygodnie w fotelu czarnoskórego, tegiego mezczyzny powiedzial:
- Slyszal pan, panie Donavan? Pan Carter wyprasza sobie nazywanie go amatorem! - wybuchnal smiechem mlody. Czarnoskóry mezczyzna wtórowal mu wymuszonym smiechem. Nagle mlody, w brazowym fraku spowaznial i patrzac gleboko w oczy biznesmenowi wykrzyczal:
- A czymze jesli nie amatorstwem, mozna nazwac zaprzepaszczenie póltora miliona dolarów?! Tak lekka reka zrezygnowal pan z wplywów narazajac mnie i moich ludzi na straty!
- To-To nie byla moja wina... - wyszaptal siwy czlowiek - dochody byly mniejsze wzgledem oczekiwan, bo klientom nie przypadla do gustu panska kolekcja zimowa. - niesmialo wyjasnil.
Mlody wybaluszyl oczy. Zaraz potem zmarszczyl nos i wyszczerzyl zeby.
- Co...powiedziales? Chcesz powiedziec, ze moja kolekcja sie nie podoba? - zazadal wyjasnien.
- Zapewne tylko pewnej grupie klienteli... - zaczal uspokajac starszy. Nie dane mu jednak bylo skonczyc. Mlody wymierzyl silny cios lewa reka w twarz biznesmena. Na ziemie upadl najpierw neseser, a zaraz po nim - siwy biznesmen.
- Wynos sie, póki moge za siebie reczyc... - wyszeptal mlodzieniec.
- Jak mogles!...Jestes skonczony!...Pozwe cie Kingsley! - panikowal podnoszac sie z ziemi pan Carter, gladzac reka zaczerwieniony policzek.
- Won...juz dla mnie nie pracujesz... - postawil sprawe jasno Kingsley.
Carter skierowal sie do drzwi ciagle grozac gestem reki. Gdy drzwi zamknely sie za nim Kingsley dĽwiecznie wypuscil powietrze z pluc.
- Widzi pan, panie Donavan. Nawet biznesmena nie ominie praca fizyczna. - rzucil Kinsley usmiechajac sie. Donavan ponownie wybuchl sztucznym smiechem, jak tresowany. Nagle odezwal sie interkom na biurku Kingsley'a. Stanowczy kobiecy glos oznajmil:
- Szefie, Harry Osborn do pana.
Kingsley uniósl brwi.
- Kto taki?
- Harry Osborn, mówi, ze panowie sie znacie. - niepewnie wyjasnila sekretarka.
- Ciekawe...byl umówiony? - spytal zaintrygowany Kingsley.
- Nie, nie byl. Ale twierdzi, ze jest panskim bliskim znajomym. - odpowiedzial interkom.
- A to dopiero! Niech wejdzie! - rzucil rozbawiony mlodzieniec.
Kilka sekund póÄ˝niej drzwi gabinetu otwarly sie i stanal w nich Harry Osborn ubrany w szara kurtke, brazowy szalik i z porannym wydaniem NewYork Times pod pacha.
- Czesc Roderick! Kope lat kolego! - pewny siebie Harry postawil na mocne wejscie. Jednak na tym jego pomysly sie skonczyly i zapadla konsternacyjna cisza. Nagle Roderick wybuchl smiechem.
- Slyszy pan, panie Donavan?! Ten czlowiek nazwal mnie swoim kolega! - smial sie Kingsley, a Harry zostal zbity z tropu nadciagajaca demaskacja i jakze sztucznym smiechem murzyna siedzacego w zacienonej czesci biura.
- A kiedy to niby dane nam bylo sie spotkac? - spytal, powoli przestajac sie smiac Roderick.
- Ostatni raz... na balu dobroczynnym w zeszlym roku. Sponsorem byl Oscorp, moja firma. - wyjasnil z resztka typowej dla siebie haryzmy Harry. Przez glowe Kingsleya przemknal pewien impuls. Otworzyl szeroko oczy i usmiechnal sie.
- Osborn...Harry Osborn! A niech cie! Naprawde cie pamietam! - rozesmial sie.
Harry zdezorientowany wybuchl jeszcze sztuczniejszym smiechem niz murzyn.
- Rozmawialismy wtedy o broni, która produkowala twoja firma. Pamietam dobrze, bo niezbyt to licowalo z dobroczynnym charakterem balu. Mówze wiec, co cie do mnie sprowadza! - zyczliwie powital Roderick.
- Interes. - spode lba rzucil Harry.
- No prosze! Slyszal pan, panie Donavan? Pan Harry Osborn chce ubic ze mna interes!
- Powiedzialbym raczej - proponuje ci udzial w pewnym przedsiewzieciu. - poprawil Harry.
- Taaa... slucham wiec: co to mialoby byc? - zainteresowal sie Kingsley.
Harry usadowil sie wygodniej w fotelu, po czym zaczal wyjasniac.
- Obecnie jestem w posiadaniu okolo póltora tysiaca akcji Oscorpu. Wkrótce na wiekszosciowy pakiet akcji zostanie ogloszony przetarg.
Nagle przerwal mu Kingsley:
- A wiec Oscorp nie nalezy juz do ciebie!
Harry wybity z rytmu przyznal:
- Nie...oglosilem upadlosc. Dlatego przychodze do ciebie...
- Mów dalej, chociaz juz wiem co chcesz mi zaoferowac. - domyslal sie Kingsley.
- Pakiet skladac sie bedzie z czterystu osiemdziesieciu tysiecy akcji po 41$ kazda. Daje nam to razem niecale 20 milionów dolarów, a zapewniam cie, ze sam sprzet badawczy, który ma zostac wylicytowany na osobnym przetargu wart jest wiele, wiele wiecej.
- Oscorp za dwadziescia baniek... To faktycznie niezla cena. Ale powiedz mi jedno - przeciez wystarczy ci 51% udzialów w firmie, zebys mógl nia zarzadzac. Po co chcesz wykupic wszystko? - dociekliwie pytal Roderick.
- Bo wtedy musialbym dzielic sie zyskami z innymi udzialowcami. - szybko wyjasnil Harry.
- No tak... slowem - chcesz pozyczyc ode mnie te pieniadze i zaoferowac mi podzial zysków. - wybiegl naprzód Kingsley. Harry ucieszony odgadnieciem intencji pospiesznie wyjasnil:
- Na czas pozyczki - tak. Gdy firma zacznie zarabiac, za co recze - zwróce wszystko z procentem.
- No tak, to wszystko jest bardzo logiczne i wydaje sie byc oplacalne...- mówil pod nosem Kingsley. Harry byl w siódmym niebie. Nie spodziewal sie, ze pomoc finansowa nadejdzie z tak nioczekiwanej strony i w dodatku uzyska ja z taka latwoscia.
- ...ale obawiam sie, ze nie moge pozyczyc ci tych pieniedzy. - rzucil nagle Roderick. Harry poczul dreszcz i nerwowo przelknal sline.
- ...a przynajmniej nie ot tak! Nie za darmo! - dodal. - Powiem tak - rozmawialismy raz w zyciu i nie próbuj temu zaprzeczac. Nazywanie mnie kolega jest wiec dosc ryzykowne, a ubijanie milionowych interesów po jednej rozmowie ryzykowne z mojej strony. - ciagnal wywód Kingsley. Przerwal mu jednak dzwonek na interkomie.
- Wybacz na momencik - rzucil do Harry'ego. Wcisnal guzik w aparacie na biurku.
- Co jest?
- Mysle, ze chcialby pan to wiedziec...- zaczela niepewnie sekretarka. - Diamond Phillips przedstawi swoja kolekcje zima-wiosna miesiac przed zapowiedzia. Zaplanowal wernisaz na koniec biezacego tygodnia. - powiedziala sekretarka i natychmiast sie rozlaczyla, spodziewajac sie po szefie gwaltownej reakcji. Nie pomylila sie - Roderick Kingsley w jednej sekundzie zmienil sie nie do poznania. Zmarszyl krzaczaste brwi, zacisnal szczeki i wyszczerzyl zeby. Zrobil sie caly czerwony na twarzy. Nagle silnym ciosem uderzyl w aparat telefoniczny rozbijajac go na drobne kawalki. Uklady scalone i kawalki plastiku posypaly sie po biurku i zasmiecily podloge.
- To bydle! - wykrzyknal Roderick, noszac znamiona opetania - Zabije ta gnide! Przysiegam ze zabije tego smiecia! Jak on smial! Bez uprzedzenia?! - wrzeszczal zapluwajac sobie cala brode. Harry uniósl sie mimowolnie z fotela nie mogac oderwac oczu od budzacego groze mlodego czlowieka. Roderick zauwazyl to i natychmiast sie uspokoil. Pan Donavan po raz pierwszy podniósl sie z fotela i podchodzac do Kingsleya wyciagnal z butonierki hustke. Podal ja swojemu szefowi. Kingsley wycierajac twarz i jeszcze ciezko dyszac kontynuowal jak gdyby nigdy nic rozmowe z Harrym:
- Nie znam cie na tyle dobrze, zebym mógl ot tak dac ci dwadziescia baniek.
- Pozyczyc - poprawil Harry.
- To nie wazne... Chociaz oferta wydaje sie atrakcyjna, to nawet mnie nie stac na takie ryzyko. Powiesz pewnie "czym jest dla niego 20 milionów?". Wnioskujac z gazety pod twoja pacha, wiesz jaki próg niedawno przekroczylem. Ale w moim mniemaniu nie daje mi to prawa do szastania kasa na Bóg wie jakie inwestycje. A juz na pewno nie na Oscorp - przemysl ciezki, bron, nowatorskie urzadzenia przemyslowe, czy tez zwykle wspieranie badan naukowych. To nie dla mnie. - powiedzial Roderick. Harry osunal sie na fotel w gescie rezygnacji. Kingsley jednak dodal:
- Ale poniewaz wesze w tym pewna nadzieje na przyszlosc, pytam wiec: czym mozesz poreczyc ta pozyczke?
Harry byl zdezorientowany.
- Slucham? - spytal.
- Co mozesz mi dac pod zastaw? No nie udawaj glupiego. Musze miec jakies zabezpieczenie na wypadek fiaska inwestycji. I nie próbuj mi wmówic, ze nie posiadasz juz zadnego prywatnego majatku.
- Ale...ja naprawde... - jakal sie Harry.
- Zastanów sie dobrze. To jedyna mozliwosc. - poradzil Roderick.
- ...ja naprawde nie mam nic, co mogloby byc poreczeniem. - oswiadczyl Harry.
Roderick zacisnal wargi. Przeszyl Harry'ego spojrzeniem. Nagle usmiechnal sie.
- Wiec zegnam. Milo bylo znowu sie spotkac. Zajrzyj jak staniesz na nogi. - jak gdyby nigdy nic powiedzial Kingsley.
- Posiadlosc! - wyrwalo sie Harry'emu.
- Slucham? - odwrócil sie idac juz w strone biurka Roderick.
- Zajmuje cztery górne pietra posiadlosci przy Eachstreet 209. To pare milionów dolarów! - przypomnial sobie Harry.
- Ha! - zasmial sie Roderick - Posiadlosc bedaca w okresie wynajmu nie ma mocy poreczeniowej. Wybacz ale sam ma takie trzy. - zgasil zapal Harry'ego Kingsley.
- Samochód! ¦wietna limuzyna! Warta prawie milion! - próbowal dalej Harry.
- Mam osiem limuzyn, kolejnej mi nie trzeba. - przesmiewczo skwitowal to Kingsley.
Harry'emu juz naprawde nic nie przychodzilo do glowy. Siedzial w fotelu z opuszczona glowa myslac. Roderick nie mial jednak na to czasu:
- Zegnam... - rzekl, tym razem smiertelnie powaznie.
- Nie mozesz mi tego zrobic. Musisz mi pomóc... - powiedzial cicho Harry, znowu mruzac oczy.
- Wybacz, ale nie lubie sie powtarzac. Nie obraÄ˝ sie... - Kingsley obrócil sie na piecie i idac w strone biurka powiedzial:
- Panie Donavan, prosze wyprowadzic pana Osborna.
Donavan zrozumial polecenie bardzo dobrze. Wstal natychmiast, podszedl do fotela Harry'ego i chwytajac go pod pachy uniósl z fotela i zaczal ciagnac w strone drzwi. Harry nie próbowal sie szarpac. Mówil tylko spokojnym glosem:
- Prawdziwy biznesmen nie boi sie ryzyka...
- Nie chrzan! Prawdziwy biznesmen nie doprowadza firmy do bankructwa! Gdyby nadal zarzadzal nia twój ojciec nigdy by do czegos takiego nie doszlo! - uderzyl w czuly punkt Roderick. Jednak ta uwaga byla dla Harrey'go bodÄ˝cem. Wspomnienie o ojcu nasunelo mu pewien pomysl. Wprawdzie niezwykle ryzykowny, ale jak sam przed momentem powiedzial - prawdziwy biznesmen nie boi sie ryzyka.
- Czekaj! Mam! - ozywil sie nagle Harry.
Kingsley siedzac juz za biurkiem uniósl glowe i spojrzal na Harry'ego. Gestem dloni odwolal Donavan'a. Ten puscil Harry'ego. Harry rozruszal ramiona. Rzucil spojrzenie na Donavan'a po czym na Kingsleya. Byl zdecydowany.
- Mam cos naprawde wartosciowego... Cos, czego na pewno nie masz w swojej kolekcji...
user posted image
0

#5 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:22

Spider-man 3 - opowiesc - czesc V


- Otworzyc brame! - zawolal wysoki straznik w brazowym mundurze, kurczowo zaciskajacy strzelbe w dloniach. Cos zalomotalo, po chwili znowu, a chwilke póÄ˝niej brama wiezienia zaczela sie powoli otwierac.
- Ruszaj! - wydal rozkaz tenze straznik wieÄ˝niowi w pomaranczowym kitlu, ze skutymi rekami i nogami prowadzonemu przez dwóch innych strazników. Wiezien ten malymi kroczkami (stawianie duzych uniemozliwialy mu kajdanki na kostkach) przekroczyl linie bramy.
Tak jest - wiezienie Arbeegast na wyspie Hoffmana przyjmuje nowego lokatora. Jest nim Flint Marko, zlodziej i najemnik. W rece policji wpadl juz czwarty raz. Wczoraj napad na jubilera, wczoraj natychmiastowy wyrok i juz dzis odsiadka.
"Nie dosc, ze nie dostane tej samej celi, to nawet nie pójde do tego samego wiezienia" - narzekal w myslach komicznie czlapiac po wieziennej murawie Marko. Rozejrzal sie nie zwalniajac kroku. Straznicy przed nim, za nim i obok niego - kazdy jeden zul gume, patrzyl zza ciemnych okularów przeciwslonecznych i glupkowato sie usmiechal, kazdy z nich mial ochote co dziesiec sekund przeladowywac strzelbe - tak dla szpanu, zeby chelpic sie wyzszoscia nad prowadzonym wieÄ˝niem. "Co za jelopy..." pomyslal Flint. Straznicy oblegali tez wieze w naroznikach placu. Kazdy wyposazony byl w reflektor i syrene korbowa, o strzelbie juz nie mówiac. Marko spogladajac na rzedy solidnie okratowanych okien zdal sobie sprawe z jednej rzeczy - "Jesli nie prysne teraz, posiedze tu bardzo, bardzo lugo...". Ta mysl spowodowala nagly skok adrenaliny. Jego serce zaczelo szybciej bic. Nieswiadomie zwolnil kroku. Zwrócono mu na to uwage silnym ciosem wymierzonym kolba strzelby pod lopatke. Marko nie przestawal myslec, jego spojrzenie bylo bardzo rozbiegane, staral sie znaleÄ˝c jakis sposób na wyjscie z sytuacji, która w jego mniemaniu byla nie do przyjecia. "Musze oswobodzic nogi, pal licho rece...jesli to zrobie - polowa sukcesu w kieszeni.". Nagle jego mysli zagluszyl nieznosny szum. "Co to za halas?" zastanawial sie Flint. Dziwilo go to, ze straznicy nie zareagowali na tak nieznosne trzaski. Nie! Dwaj na wiezach po prawej stronie placu odwrócili sie i wygladaja za mury. Teraz albo nigdy!

Flint zrobil gwaltowny krok w tyl i wyrzucil glowe do tylu lamiac nos straznikowi za plecami. Jego okulary upadly na ziemie rozbite. Obok nich wyladowala strzelba. Straznik trzymajac sie za mocno krwawiacy nos zrobil kilka kroków w tyl po czym upadl. Straznik idacy z przodu nic nie uslyszal z powodu nieznosnego szumu. Natomiast dwaj idacy po bokach uniesli odruchowo strzelby. Flint chwycil za lufe jednej z nich, wyrwal ja z rak straznika i tym samym szarpnieciem uderzyl kolba drugiego straznika. Jeden ze strazników na wiezy wymierzyl we Flinta, ale powstrzymal go drugi:
- Stój idioto! Trafisz naszych!
Straznik jednak nie opuscil broni i niecierpliwie czekal na rozwój sytuacji. Flint znokautowal strzelba drugiego z bocznych strazników oraz niczego nie swiadomego - idacego na przodzie. Nastepnie rozstawil nogi jak tylko mógl naprezajac lancuch i oddal strzal przystawiwszy do niego strzelbe. Lancuch zostal mocno obszarpany srutem, jednak wciaz mocno sie trzymal. Pospiesznie Flint przeladowal strzelbe szybkim ruchem i ponowil próbe przestrzelenia lancucha. Z powodzeniem, rzec mozna, czesciowym - lancuch wprawdzie ustapil pod naporem rozpedzonego srutu, jednak odbity od murawy rykoszetowal i ranil Flinta w noge. Flint odrzucil strzelbe i rzucil sie w bieg. W chwili gdy oddalil sie dostatecznie od lezacych cial strazników z wiez posypaly sie strzaly. Z drzwi wejsciowych twierdzy i od strony bramy nadbiegaly kolejne zastepy strazników.
- Stój bo strzelam! - wolali. I strzelac sie nie wahali. Nie wahal sie równiez Flint. Kulejac na lewa noge dobiegl do muru, uniósl strzelbe i oddal niezwykle celny strzal w straznika na wiezy. Ten ugodzony w piers przechylil sie przez barierke wiezy i runal z krzykiem na ziemie. Flint dobiegl do drabiny i zaczal szybko wspinac sie w góre wiezy. Strzaly mieszaly sie z nieustajacym szumem. W trakcie wspinaczki po drabinie Flint zostal jeszcze dwukrotnie ranny odlamkami srutu. Nie zwracal jednak uwagi na ból, jego serce bilo niezwykle szybko, mial przyspieszony oddech, a temperatura grubo ponizej zera byla swoistym znieczuleniem. W koncu dotarl na szczyt wiezy i kucajac skryl sie za zeliwnymi barierkami. Sam nie potrafil odpowiedziec sobie na pytanie po co wlasciwie tu wszedl. Byl ostrzeliwany ze wszystkich stron, a kilku strazników juz wspinalo sie w góre wiezy, na której sie znajdowal. Przez szpare w barierce dostrzegl wreszcie co powodowalo tak nieprzyjemny dla uszu dÄ˝wiek. Flint zobaczyl odchodzace od zewnetrznej sciany budynku pochyle kanaly, które w lecie odprowadzaly scieki do kanalizacji, teraz zas - udraznialy zatory w rynnach i roztopy z wielkiej zasniezonej polaci dachowej wiezienia. Sunaca nimi woda powodowala niezwykly lomot i pienila sie spadajac z duzej wysokosci.
Straznicy byli coraz blizej. Flint nie mial innego wyjscia. Albo zaryzykowac i byc moze zginac, albo dac sie zlapac i poddac sie rewizji wyroku po próbie ucieczki i zabiciu straznika. "Nie..." pomyslal, "za daleko zaszedlem! Zywcem mnie nie wezma!". Wstal nie zwazajac na swiszczacy srut, oparl reke na balustradzie i odbil sie mocno nogami od podestu wiezy. Lecac poczul tylko, ze kolejny odlamek rozcial skóre na jego czole. Ped powietrza rozwial mu wlosy i zmusil do zamkniecia oczu. Wydawalo mu sie, ze leci bardzo dlugo. Po chwili jednak poczul silne uderzenie i slyszal juz tylko jeden, wielki, wszechobecny szum. Poczul, ze lodowata woda momentalnie przesiaknela jego ubranie, napelnila jego usta, wciagnal spora jej ilosc przez nos. Jednak w odpowiedniej chwili wstrzymal oddech. Uslyszal glosny trzask i poczul, ze calym ciezarem ciala polecial do przodu. Nagle zrobilo sie cicho. Slyszal tylko wedrujace ku powierzchni wody babelki powietrza. Mógl wreszcie otworzyc oczy. Lodowata woda scisnela jego galki oczne. Jednak mimo tak niskiej temperatury zaczal odczuwac ból poniesionych ran. "Dobrze, ze to nie slona woda" - w jego glowie pojawila sie calkiem trzeÄ˝wa mysl. Nagle powierzchnie wody zaczely przeszywac dziesiatki malych, stalowych kuleczek. "Strzalaja do mnie...niech strzelaja..." myslal Flint widzac jak wydzielajaca sie z jego ran krew miesza sie z woda. Gdy flintowi zaczelo brakowac powietrza rozejrzal sie wokól siebie i zauwazyl, ze jedna ze skal wyspy, na której znajduje sie wiezienie Arbeegast wystaje ponad wode. "Zza tej skaly mnie nie zobacza" pomyslal, po czym podplynal powoli do tejze skaly i po cichu wynurzyl sie z wody. Slyszal krzyki ze szczytu wiezy, niezrozumiale z powodu glebokiego echa. Popatrzyl na wielka polac wody rozpostarta przed nim. Na horyzoncie zobaczyl dwa niewyraÄ˝ne, podluzne ksztalty. "Co to takiego?" zastanawial sie. "Zreszta, niewazne... to moja jedyna nadzieja... jesli zdolam tam doplynac, bede ocalony.". Flint nabral powietrza w pluca, by poczatkowy odcinek drogi przebyc pod powierzchnia wody, niezauwazenie. Musial plynac szybko, by po drodze nie zamarznac. Machal rytmicznie rekami i nogami, nie zwazajac na ból w postrzelonych konczynach. Tak naprawde dopiero teraz nadszedl najtrudniejszy etap brawurowej ucieczki z wiezienia Arbeegast, bo nie zalezny od szczescia, a od wytrzymalosci. Po przebyciu ok. 80 metrów Flint wynurzyl sie, zaczerpnal powietrza i ponownie sie zanurzyl. Po przebyciu kilometra plynal juz na powierzchni i choc z uplywem czasu jego predkosc malala, to systematycznie zblizal sie do widzianych na horyzoncie niewyraÄ˝nych ksztaltów, które z wolna zaczely nieodparcie kojarzyc sie z kominami. Poteznymi kominami, podobnymi do tych z elektrowni atomowych...
user posted image
0

#6 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:23

Spider-man 3 - opowiesc - czesc VI


- W ogóle nie slychac silnika... - próbowal zagaic Harry. Kingsley siedzacy na przeciwleglym fotelu nie podjal tematu. Po dluzszej chwili spytal:
- Daleko jeszcze?
- Nie, jeszcze dwie ulice. - uspokoil Harry.
Kingsley uniósl reke i spojrzal na swój zloty zegarek. Na jego twarzy wyrysowalo sie niezadowolenie. Chwycil za sluchawke telefonu wbudowanego w drzwi limuzyny i wykrecil jakis krótki numer. Po chwili oczekiwania zaczal mówic:
- To ja. Panno Harris, prosze odwolac spotkanie z Candletone'em, a spotkanie z burmistrzem przesunac o godzine do przodu. Cos mnie zatrzymalo. - po czym bez slowa pozegnania odlozyl sluchawke. Akurat w momencie gdy limuzyna zaczela zjezdzac na pobocze ulicy, by w koncu sie zatrzymac. Zanim wysiedli Roderick uprzedzil Harry'ego:
- Mam tylko nadzieje, ze to cos wartego nie tyle moich pieniedzy, co mojego czasu.
- Niewatpie, ze tak wlasnie jest. - powiedzial pewny siebie Harry. I choc byl pewny siebie to przez caly wjazd winda na 72 pietro wiezowca przy Eachstreet 209 wypelnial go niepokój i niepewnosc co do przebiegu kilku kolejnych minut. Do tego jeszcze ten Donavan - "skad on sie tu nagle wzial? Nie jechal z nami w limuzynie...musial siedziec kolo kierowcy, za szyba...", wnioskowal Harry. Cala trójka milczala, a ich uszy wypelnialy jedynie ciche dÄ˝wieki elektrycznych silowników windy. "Swoja droga ten Kingsley naprawde musial zwietrzyc w mojej propozycji nielada okazje, skoro osobiscie fatyguje sie po odbiór poreczenia". Winda zatrzymala sie.
- Za mna. - powiedzial Harry i ruszyl przed siebie. Podszedl do urzadzenia wystajacego ze sciany kolo drzwi wejsciowych. Przystawil do niego kciuk. Cos zapiszczalo i drzwi sie otworzyly. Kingsley zauwazyl:
- Juz sam taki bajer kosztuje kilka tysiecy...
- Proponowalem posiadlosc...Nie chciales... - usmiechnal sie Harry. Zza pleców Kingsleya zabrzmial smiech Donavana, po raz pierwszy szczery i niewymuszony. Kingsley obrzucil go karcacym spojrzeniem. Cala trójka weszla do mieszkania. Harry poprowadzil swych gosci do salonu, przy werandzie, gdzie jeszcze niedawno na kozetce lezal skrepowany Spider-man.
Stanal naprzeciwko lustra.
- No to jestesmy... - nerwowo zaczal Harry. Kingsley zasmial sie pod nosem i patrzac raz na Donavana, raz na Harry'ego powiedzial:
- Wprawdzie nie wiem ile lat ma to lustro, ale ja bym za nie dwudziestu baniek nie dal. - i zasmial sie. Ponownie uslyszec mozna bylo sztuczny smiech murzyna. Zasmial sie równiez Harry, ze zgola innego powodu. Podszedl do krawedzi lustra i otworzyl je jak drzwi. Kingsley nie wygladal na zaskoczonego choc wyszeptal:
- No prosze...
Lustrzane drzwi prowadzily na poddasze. Cala trójka przez nie przeszla i wolnym krokiem kierowala sie wglab pomieszczenia. Przy przeciwleglej scianie widac bylo jakies przedmioty duzych rozmiarów, przykryte jednak plóciennymi polaciami. Stawiajac wolno i niepewnie kroki na watlej drewnianej podlodze podziwiali konstrukcje wieÄ˝by dachowej. Miejsce to jednak nie wygladalo na zaniedbane, bo choc gdzie niegdzie w naroznikach zauwazyc mozna bylo pajeczyny i kurz, to bardziej spotrzegawcza osoba mogla dojrzec subtelnie umocowane oswietlenie halogenowe, które rzedami solidnie oswietlalo przejscie waskim pasem przez poddasze. Doszli wreszcie do samego konca.
- Jesli chodzi o nastrój, to ci sie udalo. - powiedzial Kingsley.
- Mam tylko jeden warunek... - niepewnie zaczal Harry - To nie moze opuscic tego miejsca. Jesli firma nie przyniesie oczekiwanych dochodów - zrobisz z tym co bedziesz chcial, ale na czas pozyczki nie wolno ci tego stad zabierac.
- Nie wolno mi, mówisz? - usmiechnal sie Roderick - A cóz to jest takiego, ze trzymasz to w takiej tajemnicy? - zadal oczywiste pytanie.
Harry wiedzial, ze nie ma juz z czym zwlekac. Wiedzial, ze obraz wart jest tysiac slów, wiec po prostu chwycil za krawedÄ˝ plóciennej plachty i gwaltownym ruchem zerwal ja...

Roderick Kingsley byl zaskoczony. Pierwszy raz od dawien dawna ktos byl w stanie go zaskoczyc. Otworzyl szeroko oczy i wpatrywal sie w swój nowy, jak by nie patrzec, nabytek. Jego oczom ukazala sie polyskujaca, chromowana lotnia Green Goblina, która przed przeszlo dwoma laty budzila groze wsród mieszkanców Nowego Jorku.
- A niech mnie... - wycedzil Kingsley. Podszedl w niedowierzaniu do wysiegnika, na którym osadzony byla lotnia i zaczal gladzic jej powierzchnie dlonmi.
- Przeciez to... - zaczal Kingsley.
- Glider, prototyp broni dalekiego zasiegu i jednoczesnie bardzo elastycznego srodka transportu. - dokonczyl obeznany w temacie Harry.
- Wiesz...wiesz, ze ja wtedy...bylem na tym balkonie? - jak zauroczony niezrozumiale ciagnal Roderick - Wtedy, gdy podczas festynu zaatakowal Goblin. Bylem w lozy dla vipów, na drugim pietrze. Bomba wybuchla zaraz obok mnie. Posypaly sie na mnie odlamki cegiel...- wspominal.
Wspomnienia wyparl jednak duch ekonomiczny Kingsley'a:
- Powiedz, ile to jest warte?
- Okolo dwudziestu milionów dolarów. To jedyny egzemplarz. - z duma powiedzial Harry.
- Dwadziescia mówisz? Ale wiesz chyba, ze wszystkie ceny rynkowe mozemy miec podane jak na talerzu w dziesiec minut? Wiec ile mówisz? - wykryl podstep Roderick.
Harry dal za wygrana.
- Okolo trzynastu milionów. Do tego kombinezon bojowy. - przyznal.
- Kombinezon? - zainteresowal sie Kingsley.
Harry nic wiecej nie tlumaczac podszedl do drugiego nakrytego postumentu i zciagnal plótno.
Oczom wszystkich obecnych na poddaszu ukazal sie zielony kombinezon Green Goblina, jego zlowieszcza maska i duzego rozmiaru pudlo wypelnione malymi, Ľle kojarzacymi sie bombami i kilkoma chemicznymi kolbami z zielona ciecza. Kingsley obruszyl sie i zmarkotnial.
- Och nie...Pierwsze wrazenia byly tak pozytywne, a ty raptem dobijasz mnie tak niegustowna kreacja. - zarzucil Kingsley kobieco machajac reka.
- Bo to nie strój wyjsciowy, ale bojowy. Jest specjalnie przystosowany do duzych przeciazen, ma w butach uklad odpowiedzialny za sterowanie Glider'em, zawory gazu usypiajacego w rekawicach. O pancerzu juz nie wspomne. Cos musi byc warte tych dziesieciu milionów.
- Dziesieciu? - spytal Kingsley.
- Owszem... wiec masz swoje poreczenie z górka. - usmiechnal sie Harry.
- Mów co chcesz, ale ten strój wymaga poprawek. Zero estetyki, zero smaku i brak niezbednego minimum gustu... Ale dosc o nim. Powiedz mi cos wiecej o lotni. Sterowanie nia jest trudne? - dopytywal Roderick.
- Myslalem, ze najpierw spytasz skad znalazlo sie to na moim poddaszu... - zdziwil sie Harry.
- Na wszystko przyjdzie pora... - uspokoil Roderick.
- A wiec sterowanie - nic prostszego. W butach kombinezonu znajduja sie uklady scalone, które przekazuja do urzadzenia sterujacego informacje o napieciu miesni i zmianach równowagi pilota. Mozna powiedziec, ze w pewnym sensie interpretuja jego intencje - chcesz skrecic w lewo, to przerzucasz ciezar ciala na lewa noge i lekko sie przechylasz. Nawet dziecko by sobie z tym poradzilo. - zapewnil Harry.
- Dziecko mówisz? - upewnial sie coraz bardziej rozradowany Roderick. Pocieral dlonia swoja brode nie mogac oderwac oczu od lotni. Jego usta coraz bardziej sie unosily, a usmiech zamkniety coraz mocniej ukazywal jego biale zeby.
Harry niecierpliwil sie. Chcial jak najszybciej opuscic poddasze zabierajac ze soba gosci. Zdradzil im tajemnice by ratowac firme. Ale wszystko bylo na dobrej drodze. Tak mu sie przynajmniej zdawalo, az do momentu gdy odezwal sie Kingsley:
- Dobrze, wiec tak... Musze wprowadzic do kombinezonu pewne poprawki, o ile nie masz nic przeciwko. - powiedzial zlosliwym tonem.
- Jak to? Przeciez mówilem, ze nie mozna go... - zaczal wytracony z równowagi Harry.
- Ja nic nie mówilem! - przerwal mu Roderick. - A zeby kostium nie stracil swych wlasciwosci w nawigowaniu lotnia, pozwól, ze ja równiez zabiore.
Osborn wybaluszyl oczy i zdal sobie sprawe, jak wielki popeólnil blad.
- Oczywiscie, ze nie pozwole! Nie wiesz co mówisz! - krzyknal.
Kingsley usmiechnal sie pod nosem.
- Spytam wiec inaczej... Czy mozesz mi tego zabronic? - zaczepnie dodal Roderick.
Harry wpadl w panike, ale staral sie tego nie okazywac. "Jeszcze nie jest za póÄ˝no, moge to wszystko odkrecic! To byl zly pomysl! Za nic nie powole im tego stad zabrac!" pomyslal Harry. Kingsley jednak po raz kolejny odgadl intencje Osborna. Zadal tajemnicze pytanie:
- Powiedz, czy masz jakas sluzbe?
- C-Co..? - spytal juz calkiem zdezorientowany Harry.
- Sprzataczke, lokaja...kogos takiego? - sprecyzowal Kingsley.
- A...N-nie...Nie mam... - odpowiedzial szczerze Harry.
Twarz Kingsleya zmienila sie jak wtedy, w jego biurze, choc szatanski usmiech nie opuszczal go.
- To wysmienicie... Panie Donavan! Bierz go!!...
user posted image
0

#7 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 30 August 2005 - 10:53

Spider-man 3 - opowiesc - czesc VII


Flint Marko przecenil swoje mozliwosci - choc od wyraÄ˝nie zarysowanego brzegu dzielilo go juz tylko okolo pieciuset metrów, nie byl juz w stanie poruszac konczynami. Jego szarpany oddech spowodowany wyziebieniem moznaby traktowac jako poczatek stanu agonalnego. Wyplukane dokladnie rany staly sie fioletowe, on sam - blady. Ostatkiem sil obrócil sie na plecy, by móc zachowac swobode oddechu, a tym samym dluzej dryfowac. Zamknal oczy z powodu razacego slonca. Szare chmury okryly niebo nad archipelagiem Staten Islands, gdy Flint Marko tracil przytomnosc, a wiele kilometrów dalej niejaki Harry Osborn ja odzyskal...

W tym samym czasie mlody mezczyzna w bialym fartuchu, przypominajacym lekarski biegl po metalowej platformie z plikiem zapisanego papieru milimetrowego i ze swobodnie zwisajacymi na szyi okularami. Dobiegl wreszcie do jej konca, gdzie w watlym swietle podwieszanych latarenek stalo dwóch innych mezczyzn - jeden w slusznym wieku, siwy, równiez w bialym fartuchu, drugi zas mlodszy, w kombinezonie roboczym i gumowych rekawicach. Na odglos nadbiegajacego mlodego mezczyzny obaj odwrócili sie. W owym watlym swietle zablysnal wówczas identyfikator przypiety do piersi najstarszego z nich. Napis na nim brzmial: Dyrektor Centrum Nadzoru Urzadzen Atomowych - Stanley Garrner.
- Panie dyrektorze... - zaczal juz z daleka zdyszany mlodzieniec.
- Slucham cie, Kurt. - zyczliwie odpowiedzial dyrektor Garrner, dajac znak mezczyĽnie w kombinezonie, ze moze odejsc.
- Odkrylem pewien problem. - zaczal Kurt wertujac plik papieru.
- Problem natury technicznej, czy moze personalnej? - zazartowal Garnner.
- Obawiam sie, ze technicznej. - odparl Kurt.
- Slucham wiec. - dumnie rzekl dyrektor, jakby ciekawostka dla niego bylo odkrycie uchybien nadzorowanego przez niego osrodka.
- Otóz, niedawno wymienialismy pojemniki na pluton, które podpinamy do rdzenia.
- To prawda. - przytaknal dyrektor.
- Wczesniej byla to mieszanka hartowanego pleksiglasu i kwarcu, natomiast teraz trzymamy go w calkowicie szklanych boilerach. Stad moja obawa. Czy jezeli temperatura bedzie za niska, nie dojdzie do pekniecia boilera i uszkodzenia reaktora?
- Alez chlopcze... - mentorskim tonem odpowiedzial dyrektor. - Temperatura w rdzeniu jest stala i stymulowana. Wynosi zawsze 650 stopni Celsjusza, a jak pewnie doskonale wiesz pluton zmienia stan skupienia ponizej 639 stopni. - wyjasnil dyrektor.
- Naturalnie rozumiem... Ale obliczenia te nie dotycza temperatury powietrza. - rzucil mlody naukowiec.
- Slucham? - spytal zdziwiony Garnner.
- Prosze pamietac, ze od atmosfery reaktor oddziela tylko kilka warstw betonu i metalu. Przez ostatnie dni temperatura znacznie spadla i to w krótkim czasie. W ciagu jednego dnia mielismy ponad dwudziestopieciostopniowy spadek temperatury - najgwaltowniejszy od wielu lat. Stad moje przypuszczenie, ze rzeczywista temperatura w rdzeniu jest o kilka stopni nizsza od oczekiwanej. A jesli tak, to moze to oznaczac, ze niebezpiecznie zblizyla sie do granicy sublimacyjnej plutonu. Zmieni on stan skupienia na staly, zwiekszy objetosc i rozsadzi szklany boiler. Zgotuje nam w ten sposób niemala katastrofe... - skonczyl wyjasnienia Kurt. Dyrektor wygladal na zaskoczonego. Na skroni, kolo linii wlosów pojawila sie kropla potu.
- A-ale...wiadoma rzecza jest, ze pluton ogrzewa sie wlasna radioaktywnoscia, prawda? - niepewnie spytal.
- Ten fakt brany jest pod uwage juz podczas stymulowania temperatury, dla zaoszczedzenia energii. - drzacym glosem odczytal z zapisanego papieru Kurt.
Dyrektor postanowil dzialac. Kiwnal palcem, kazac Kurtowi podazac za nim. Szli metalowym podestem, po schodach zeszli na platforme mijajac kilku robotników i kilku naukowców. Szybkim krokiem wkroczyli do pomieszczenia uslanego mrugajacymi wyswietlaczami. Operujacy nimi ludzie na widok dyrektora zdjeli nogi ze stolów i uklonili mu sie.
- Jak temperatura? - spytal dyrektor.
Operator komputera spojrzal na odczyt.
- 650,07 stopnia. - podal precyzyjnie. Dyrektor obejrzal sie przez ramie i popatrzyl w oczy Kurtowi. Nastepnie ponownie odezwal sie do operatora:
- W góre, piec jednostek.
Mezczyzna mimo zaskoczonego wyrazu twarzy odparl:
- Tak jest. Piec jednostek wyzej. - mówil podkrecajac duza zabkowana galke.
Dyrektor otarl pot z czola, odwrócil sie i spytal sie Kurta z usmiechem:
- Zadowolony?
- Dziesiec jednostek. - rzucil zaciskajac plik papierów Kurt.
- Zwariowales?! - krzyknal dyrektor marszczac czolo.
- Dziesiec jednostek! Dobrze radze, nie ma czasu do stracenia! - równiez podniósl glos mlody naukowiec.
Dyrektor juz otwieral usta by odpowiedziec Kurtowi, ale pomieszczenie wypelnilo mrugajace czerwone swiatlo. Wszyscy zdezorientowani patrzyli na podwieszone pod sufitem koguty, które rozswietlily kontrolke. Nagle z glosników w calym osrodku rozlegl sie kobiecy glos:
- Uwaga! Alarm! Dyrektor Stanley Garnner proszony jest o zgloszenie do punktu zarzadzajacego glównego reaktora. Pilnie!
Garnner jak oszalaly wybiegl z kontrolki i po metalowej platformie kierowal sie ku samemu centrum osrodka.
- Co sie dzieje?! - spytal po dotarciu na miejsce. Kobieta w grubych okularach i lekarskim kitlu oznajmila:
- Pekl boiler z plutonem! Jesli ponownie sie podgrzeje wycieknie przez szczeliny, a wtedy dojdzie do eksplozji!
"A jednak, gówniarz mial racje..." pomyslal za póÄ˝no Garnner.
"Co robic!? Co robic!?" - krzyczal w myslach dyrektor osrodka. Czy podjac próbe uszczelnienia boilera i zaryzykowac zycie wszystkich osób znajdujacych sie na wyspie, czy pozamykac wszystkie luki i wyjscia ewakuacyjne i doprowadzic do kontrolowanej eksplozji wewnatrz reaktora, narazajac personel tylko na znikome napromieniowanie, zblizone do szpitalnego zdjecia rentgenowskiego? Plusy i minusy takich wlasnie alternatyw mieszaly sie w glowie Garnner'a. Decyzje jednak musial podjac blyskawicznie, co tez uczynil:
- Zamknac grodzie! Nadajcie komunikat, by zadne kutry nie zblizaly sie do wyspy!
- Jest pan pewien? - rozedrganym glosem spytala kobieta z obslugi technicznej.
- Tak...nie moge ryzykowac waszego zycia... Zwiekszyc temperature! - zawolal Garnner.

Zawolal dokladnie w momencie, gdy wzburzone fale wyrzucily na brzeg bezwladne cialo zbiega z Arbeegast. Kazda kolejna fala przesuwala cialo Flinta Marko o kilka kolejnych centymetrów, az wreszcie ugrzazl bez oddechu w mokrym piasku tamtejszego wybrzeza.

Zakrzeply pluton w peknietym boilerze zaczal zmieniac kolor. Przestawal byc matowy, a z jego zastyglej scianki zaczely saczyc sie krople. Ulegal ponownemu rozpuszczeniu. Pojedyncze kropelki pociekly w dól pojemnika i zawisly na jego dolnej krawedzi.
- Uwaga!! - krzyknal ktos z obslugi, obserwujacy zdarzenie zza szyby pancernej...

Powieki Flinta Marko delikatnie sie rozchylily. Zaschniety na nich piach zssypal sie na ziemie. Jego ciezki oddech Ä˝le swiadczyl o jego stanie. Nie wykonujac najmniejszych ruchów glowa (z tej prostej przyczyny, ze nie byl w stanie), dostrzegl koniuszek wielkiego, betonowego komina. Nagle cala wyspa zatrzasla eksplozja. Z komina zas uniósl sie ciemno-seledynowy dym, który ciezszy od powietrza opadl na ziemie i spowil cala wyspe, w tym - lezacego na plazy, niczego nieswiadomego Flinta Marko...
user posted image
0

#8 Użytkownik nie jest zalogowany   Dawidos 

  • Lokator SMO
  • PipPipPipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 1018
  • Rejestracja: Tue, 23 Aug 05
  • Gender:Male
  • Location:Warszawa

Napisano 31 August 2005 - 13:25

Wspaniale opowiadanie, kiedy mozemy sie spodziewac dalszych czesci ?
<img src="http://www.spider-man.pl/forum/avatars/jesus.jpg" border="0" class="linked-image" />

<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“This is a faithful saying and worthy of all acceptation. For therefore we both labor and suffer reproach, because we trust in the living God, who is the Savior of all men, specially of those that believe. These things command and teach.”</i>
 Timothy 4:9–11
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“For from him and through him and to him are all things. To him be the glory forever! Amen.”</i>
 Romans 11:36
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
0

#9 Użytkownik nie jest zalogowany   Crov 

  • Stały bywalec
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 501
  • Rejestracja: Tue, 23 Aug 05

Napisano 31 August 2005 - 15:23

Moze zamiast pisania tutaj Incognito bedzie pisal to opowiadanie dalej na stronie a to co tu jest wrzuci sie na strone do FanFiction?
0

#10 Użytkownik nie jest zalogowany   Dawidos 

  • Lokator SMO
  • PipPipPipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 1018
  • Rejestracja: Tue, 23 Aug 05
  • Gender:Male
  • Location:Warszawa

Napisano 01 September 2005 - 09:33

Niech pisze tutaj, a gdy skonczy to sie wrzuci (oczywiscie za jego przyzwoleniem) do Fanfiction.
<img src="http://www.spider-man.pl/forum/avatars/jesus.jpg" border="0" class="linked-image" />

<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“This is a faithful saying and worthy of all acceptation. For therefore we both labor and suffer reproach, because we trust in the living God, who is the Savior of all men, specially of those that believe. These things command and teach.”</i>
 Timothy 4:9–11
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“For from him and through him and to him are all things. To him be the glory forever! Amen.”</i>
 Romans 11:36
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
0

#11 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 03 September 2005 - 08:31

ja oczywiscie jestem w trakcie pisania, mojego przyzwolenia udzielam <_<...przy czym moze to troche potrwac bo wykanczamy scenariusze do filmów i jakos ostatnie dni to deficyt wolnego czasu.... cierpliwosci.
user posted image
0

#12 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 05 September 2005 - 15:33

Spider-man 3 - opowiesc - czesc VIII

- Bernardzie! - wykrzyknal Harry budzac sie na kozetce w swoim apartamencie, na której jeszcze niedawno chcial odebrac zycie Spider-man'owi. "Bernard" - pomyslal Harry dochodzac do siebie - "Dlaczego wlasciwie go zwolinlem? Nie zyczyl sobie zbyt duzo za swe uslugi...". Mysli Harry'ego byly zupelnie beztroskie, jakby niepamietal zajsc sprzed kilku godzin. Skad zaraz po odzyskaniu przytomnosci w jego glowie pojawila sie mysl o jego dawnym lokaju? "Zaraz, zaraz" - zachnal sie Harry - "Czy mam jakas sluzbe?!" - przypomnial sobie pytanie zadane przez demonicznego mlodzienca. Poderwal sie z kozetki jak poparzony i podbiegl do lustra przy scianie. Zawiasy zaskrzypialy, a Harry pognal wzdluz drewnianej kladki poddasza. Niestety jego przewidywania sprawdzily sie - w miejscu, gdzie jeszcze rano stala lotnia oraz lezalo tekturowe pudlo z ekwipunkiem, stalo to wlasnie samotne tekturowe pudlo, którego jedyna zawartoscia byl swistek cienkiego papieru. Zdyszany Harry siegnal po papierek i z placzliwym tonem wypuscil powietrze z pluc. Papier, który trzymal w reku okazal sie byc czekiem na 20 milionów dolarów okraszonym zamaszystym podpisem Roderick'a Kingsley'a...

- Nie zgadzam sie! - krzyczal z rozczarowanym wyrazem twarzy Jonah Jameson.
- Wczesniej mówiles co innego... - rzucil jak zwykle zza jego pleców Hoffman, zastepca redaktora naczlnego Daily Bugle.
- A ile ty wczesniej zarabiales? - ripostowal na slowa krytyki Jameson.
Przed biurkiem tegoz redaktora siedzial we wspominanym juz, niewygodnym krzesle nie kto inny jak Peter Parker dzierzac w garsci tekturowa teczke ze zdjeciami do wydania popoludniowego.
- Zaplac chlopakowi Jonah. Napad na jubilera byl waznym wydarzeniem i chociaz zepchnales go na szósta strone to warto ten artykul zilustrowac. - wyjasnil spokojnie Joseph "Robbie" Robertson, kolejny zastepca redaktora.
- Nie bede w mojej gazecie chwalil tego pajaca! - protestowal wciaz Jameson.
- Faktem jest, ze pomógl policji w ujeciu tego bandyty... - niesmialo wycedzil Peter.
Jameson zdawal sie tylko na to czekac, by móc znaleÄ˝c dziure w calym i miec na co ponarzekac.
- A powiem ci mlody, ze ty tez sie nie postarales. Co to ma byc? Krzywy kadr, nieostre, a do tego przedstawia sytuacje po interwencji tego clowna, a nie jej sedno. Co ty samowyzwalczem to cykales, czy jak? - narzekal Jameson.
Peter nerwowo przelknal sline.
- Jonah, niechce nic mówic, ale zbliza sie godzina zamkniecia wydania. Pora na szybkie decyzje. - ponaglal Robbie.
Jameson wbil przenikliwe spojrzenie w Petera.
- Zgoda, dostaniesz swoja setke. - zgodzil sie wreszcie Jonah.
- Dwie setki! - targowal sie Peter.
- Za co?! - krzyknal Jonah - Za watpliwej jakosci fotke i do tego przeterminowana o dobe?- spytal redaktor.
Peter dal za wygrana i przystal na proponowana kwote. Chwile póÄ˝niej trzymal w reku czek na 100 dolarów. Jednak gdy juz zbieral sie do wyjscia próg gabinetu redaktora naczelnego przekroczyla Panna Brant - osobista sekretarka Jameson'a.
- Szefie, dzwonil Collins. Mówi, ze ten zlodziej od jubilera dzis rano uciekl z wiezienia. Mówil, ze po szczególowe informacje musi pan kogos wyslac do jego biura. - oswiadczyla.
Peter byl poruszony nowina. Glos zza jego pleców oznajmil:
- Szybki gosc z tego Flint'a Marko. My tez bedziemy szybcy! Widzisz chlopcze jak rzetelna informacja pozwala nadrobic ponad dobe poslizgu w relacjonowaniu zdarzen? - tonem znawcy pouczal Jameson.
- Tak jest. - przytaknal Peter.
- Dobrze... A teraz badÄ˝ tak dobry i oddaj mi ten czek. Zdjecia mozesz zabrac.
- P-Pan zartuje..! - zajakal sie oburzony Peter.
- Oczywiscie, ze tak...niestety... No, spadaj juz.

"Co robic!?" - Harry Osborn byl kolejna osoba, która dzis sama sobie zadawala to pytanie. Harry wlepial wzrok w czek gladzac delikatnie dlonia wielkiego guza na skroni. "Czy potraktowac to jako zwykla transakcje? Przeciez w razie jakichkolwiek oskarzen moge wyprzec sie wlasnosci lotni i sprzetu...Nie! To zbyt niebezpieczne. Nie daruje sobie, jesli ten furiat zrobi z tej broni jakikolwiek uzytek!". Wzial tez pod uwage inny wariant: "A moze...moze powiedziec o wszystkim Peter'owi...? Nie!! Mówilem juz, ze nie bede go prosil o pomoc i nie poprosze!". Harry kiwal sie w przód i w tyl siedzac na kancie kozetki i zadajac sobie wciaz to samo pytanie: "Co robic?" i cicho szepczac:
- Nie pozwole... nie moge mu na to pozwolic...
Nagle poderwal sie na równe nogi, zacisnal czek w garsci, a w pustym pokoju zabrzmial jego stanowczy glos:
- Nie pozwole! - krzyknal, po czym chwycil lezaca na fotelu kurtke i wybiegl z mieszkania.

Szum fal stawal sie coraz wyraÄ˝niejszy. Flint Marko odzyskiwal przytomnosc jednak wciaz pozostawal w bezruchu lezac na podmoklym piachu. Oddech stawal sie coraz glebszy. Z daleka slyszal ciche wycie syren. Z bliska zas cichy chrobot, którego pochodzenia nie byl w stanie okreslic. DÄ˝wiek ten wydobywal sie z liczników Geigera niesionych przez dwóch techników jadrowych. Odziani w zielone gumowe kombinezony i kaski z wentylacja szli wzdluz plazy badajac skazenie okolic osrodka, w któym pracowali. Flint otworzyl oczy. Na mysl o sytuacji, w której owi technicy odnajduja ledwo zywego mezczyzne w wieziennym kitlu i odstawiaja go z powrotem do wiezienia, poczul nagly przyplyw sil. PoddÄ˝wignal ciezar ciala prostujac rece. Jakze wielkie bylo jego zaskoczenie, gdy stwierdzil, ze nie jest z nim az tak Ä˝le jak sadzil. Podniesienie sie z ziemi przyszlo mu bez trudu. Choc krok pozostawal chwiejny to wystarczal on, by z niewielka predkoscia oddalic sie od zblizajacych sie pracowników zakladu. Nieskutecznie - rytmiczny dÄ˝wiek udeptywania piasku i brzeczacych ogniw lancuchowych kikutów przy kajdankach zaklócil okrzyk zza pleców Flinta Marko:
- O mój Boze! Martin - patrz tam!
Flint zatrzymal sie i odwrócil. Dwaj technicy stali jak wryci na srodku plazy. Flint wiedzial, ze nie zdola kontynuowac ucieczki wplaw. Musial liczyc na wyrozumialosc osób napotkanych na drodze. Lub ta wyrozumialosc wymusic w miare wlasnych mozliwosci. Zaczal wolnym krokiem isc w kierunku przypatrujacych mu sie techników.
- Panowie, to nie jest tak jak myslicie. Blagam... Pozwólcie mi chociaz... Czy jest tu gdzies moze...jakas przystan, albo port?
Flint mówiac o porcie rozejrzal sie po wyspie. I nagle oddech sie w nim zatrzymal. Oto na plazy lezaly setki martwych ryb, a kolejne fale wyrzucaly nastepne. Flint nie wiedzial jak to rozumiec.
- Martin - czy on ma na sobie wiezienne lachy? - spytal jeden technik drugiego.
- Powiedz ty mi lepiej jak on przezyl tak silne skazenie?!
Liczniki Geigera nie przestawaly trzeszczec. Flint zaczal kojarzyc fakty: "Najpierw eksplozja, potem martwe ryby, a teraz ten mówi cos o jakims skazeniu". Flint poczul, ze zaczyna robic mu sie niedobrze. MroÄ˝ne powietrze przestalo sluzyc jako kojacy znieczulacz a Flintem Marko szarpnal spazm. Z jego ust, nosa i uszu trysnely strumienie. Nie byl to jednak zaden rodzaj plynów ustrojowych, ale wysuszony, sypki piasek. Flint przewrócil sie bez swiadomosci na plaze. Jeden z techników podbiegl do niego.
- Co ty robisz?! To na pewno jeden z Arbeegast! - strofowal go drugi.
- To cud, ze przezyl tak silne napromieniowanie. Musimy go odstawic do komory antyradiacyjnej! - pouczyl go drugi.
Obaj zaczeli podnosic cialo z ziemi, gdy nagle liczniki Geigera zaczely trzeszczec duzo glosniej niz zwykle, a wskazówka na wyswietlaczu przywarla do prawej scianki.
- Co to ma znaczyc? - spytal niepewnie technik o imieniu Martin.
Piasek który wysypal sie z ciala Flinta Marko zaczal malutkimi strózkami wracac do jam jego ciala.
Jeden z techników zauwazyl to kucajac przy ciele i podniósl sie na równe nogi z wrazenia.
- O mój Boze. Co tu sie dzieje?
- Nie wiem, ale idÄ˝ powiadom kierownictwo. - zalecil drugi.
Gdy mezczyzna juz odwracal sie by pobiec w strone grodzi wejsciowej ramie Flinta Marko unioslo sie i chwycilo go za noge. Przerazony mezczyzna az krzyknal ze strachu. Oprzytomnialy Flinta uniósl glowe i jak gdyby nigdy nic powiedzial:
- Nie mozesz nikomu o mnie powiedziec...
- To, ze pan nie umarl to cud! Jesli nikt panu szybko nie pomoze, bedzie potrzebny kolejny cud! - zdenerwowal sie technik.
- Nie pozwole ci... - wyszeptal Flint po czym z zadziwiajaca latwoscia, wciaz lezac rzucil cialem technika jak szmaciana lalka o sciane instalacji kanalizacyjnej, na wprost linii brzegowej. Cialo osunelo sie w dól sciany i z lomotem uderzylo o ziemie. Drugi technik zachowujac zimna krew nie kazal dlugo czekac na reakcje - wymierzyl silny cios zacisnieta piescia w nos lezacego Flinta Marko. Nagle jego przyspieszony oddech przeksztalcil sie w paranoidalny krzyk - oto jego obita gumowa rekawica piesc nienaturalnie latwo przebila na wylot glowe Flinta. Co wiecej - Marko uniósl drugie, nieruchome do tej chwili ramie i chwycil zablokowana w jego glowie reke technika. Powoli wyciagnal ja z wnetrza swojej glowy. Technik nie mogac oderwac wzroku od duzych rozmiarów dziury w glowie lezacego Flinta zaczal glosno krzyczec i wolac o pomoc. Nagle z górnej krawedzi otworu w glowie Flinta Marko zaczely zsypywac sie strózki piasku usypujac na dolnej krawedzi ksztaltne kupki. Te zas blyskawicznie pokrywaly sie skóra i porami - juz po chwili pozbawiona jakichkolwiek ran twarz Flinta Marko zaiskrzyla zlowieszczym usmiechem. A on sam, wciaz trzymajac umierajacego ze strachu technika za reke, powiedzial:
- A wiesz, ze to wcale nie bolalo...?
user posted image
0

#13 Użytkownik nie jest zalogowany   Dawidos 

  • Lokator SMO
  • PipPipPipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 1018
  • Rejestracja: Tue, 23 Aug 05
  • Gender:Male
  • Location:Warszawa

Napisano 18 September 2005 - 17:49

¦wietne. Kiedy mozemy spodziewac sie kolejnych czesci ? Chce wiecej. Domyslame sie jednak, ze jestes zajety praca nad fanfilem.
<img src="http://www.spider-man.pl/forum/avatars/jesus.jpg" border="0" class="linked-image" />

<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“This is a faithful saying and worthy of all acceptation. For therefore we both labor and suffer reproach, because we trust in the living God, who is the Savior of all men, specially of those that believe. These things command and teach.”</i>
 Timothy 4:9–11
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
<i> <!--fonto:Book Antiqua--><span style="font-family:Book Antiqua"><!--/fonto--><!--sizeo:3--><span style="font-size:12pt;line-height:100%"><!--/sizeo-->“For from him and through him and to him are all things. To him be the glory forever! Amen.”</i>
 Romans 11:36
<!--sizec--></span><!--/sizec--><!--fontc--></span><!--/fontc-->
0

#14 Użytkownik nie jest zalogowany   Incognito 

  • Nexus 7
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 107
  • Rejestracja: Tue, 30 Aug 05

Napisano 18 September 2005 - 19:20

To nie takie proste :/ Fanfilm na razie lezy...a ja tyram w szkole bo matura za pasem, obrona dyplomu i aneksu (bo chodze do szkoly artystycznej) a do tego przygotowania do egzaminow. moze jak zrobie sobie wokol siebie troche luzu to rusze ze wszystkim do przodu...
user posted image
0

#15 Użytkownik nie jest zalogowany   ajka** 

  • Częsty bywalec
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 138
  • Rejestracja: Thu, 03 Nov 05
  • Gender:Female
  • Location:polska---
  • Interests:fantasy, fotografia, filmy, muzyka, i du?o wi?cej....zale?nie od nastroju;)magia, okultyzm, ezoteryka.

Napisano 10 November 2005 - 20:08

:P
a gdzie dalszy ciag?????????
rewelacja
:>
0

#16 Użytkownik nie jest zalogowany   Jarek_K 

  • SCC member
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 272
  • Rejestracja: Wed, 03 May 06
  • Gender:Male
  • Location:Warszawa

  Napisano 03 May 2006 - 16:35

Super opowiadanko! BOMBA
0

#17 Użytkownik nie jest zalogowany   spider 

  • Nowicjusz
  • Pip
  • Grupa: Banned
  • Postów 8
  • Rejestracja: Sun, 07 May 06

  Napisano 11 May 2006 - 18:23

:rolleyes: :( :D niezle/superowe
dogs in dog
0

#18 Użytkownik nie jest zalogowany   Venom93 

  • Częsty bywalec
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 198
  • Rejestracja: Sat, 21 Apr 07

Napisano 22 April 2007 - 19:17

Naprawde bomba opowiadanie! Ze tez chce ci sie tak pisac, no ale efekty sa swietne! Szacunek :D
user posted image
Jestem rozdarty mi?dzy mi?o?ci? a nienawi?ci?,ufno?ci? a strachem... Jestem cz??ci? tego ?wiata... a zarazem nie nale?? do niego. Sprowadzi?e? mnie tutaj- czemu nie chcesz da? mi wyzwolenia?
Venom
0

#19 Użytkownik nie jest zalogowany   dami 

  • Częsty bywalec
  • PipPipPip
  • Grupa: Members
  • Postów 85
  • Rejestracja: Fri, 03 Apr 09
  • Gender:Male
  • Location:Polska

Napisano 28 April 2009 - 11:19

Bombowe.Normalnie tylko tak dalej a zatrudnią cię ci z Columbia Pictures.
0

Udostępnij ten temat:


Strona 1 z 1
  • You cannot start a new topic
  • You cannot reply to this topic

1 User(s) are reading this topic
0 members, 1 guests, 0 anonymous users